O edukacji seksualnej bez ściemy
Kto się boi wagin i penisów?
Projekt „Stop pedofilii”, penalizujący edukację seksualną, pozytywnie przeszedł pierwsze czytanie podczas ostatniego posiedzenia Sejmu VIII kadencji. Prawicowe media straszą seksualizacją młodzieży, „genderem” i LGBT, a „zgniły” Zachód znów jest wrogiem numer jeden. Wychodząc ze sfery bajek i mitów, zwróćmy się ku faktom i liczbom, by zobaczyć, kto tak naprawdę ma problem z tym, że młodzież prędzej czy później zaczyna uprawiać seks.
Szacunkowy odsetek ciąż u nastolatek w wieku 15-19 lat (na 1000 kobiet) w latach 2015-2020, dane ONZ
Polska – 10,5
Czechy – 12,0
Rosja – 20,7
Mołdawia – 22,4
Słowacja – 25,7
Węgry – 24,0
Bułgaria – 39,9
Szwajcaria – 2,8
Holandia – 3,8
Dania – 4,1
Belgia – 4,7
Francja – 4,7
Norwegia – 5,1
Szwecja – 5,1
Finlandia – 5,8
Islandia – 6,3
Austria – 7,3
Irlandia – 7,5
Niemcy – 8,1
Wielka Brytania – 13,4
Ktoś powie, że te liczby mogą wynikać z tego, że zachodnie nastolatki częściej decydują się na aborcję, więc urodzeń wśród nich jest mniej.
Jednak nie. Patrząc na liczbę dokonywanych aborcji, znika podział na wschód i zachód.
Liczba aborcji na 1000 żywych urodzeń, dane WHO, 2015 r. (Holandia – 2014 r.)
Szwajcaria – 118
Słowacja – 126
Niemcy – 135
Holandia – 152*
Finlandia – 171
Czechy – 184
Francja – 268
Islandia – 223
Wielka Brytania – 255
Węgry – 340
Rumunia – 378
Bułgaria – 421
*2014 r.
Skąd więc różnice między wschodem a zachodem w kwestii ciąż u nastolatek? Odpowiedzią jest przede wszystkim poziom edukacji seksualnej.
Holandia, czyli „lewacki” raj
Holenderska edukacja seksualna to znakomity przykład edukacji kompleksowej, która ma na celu przekazanie uczniom wiedzy, umiejętności i wartości niezbędnych do dokonywania zdrowych wyborów w życiu seksualnym. Jest ona obowiązkowa i postrzegana w kategorii prawa dzieci do edukacji, nie zaś sprawy warunkowanej przez światopogląd rodziców. Skuteczność modelu widać w świetnych statystykach.
„Już czterolatki w przedszkolu dowiadują się, co to znaczy zakochać się i o miłości rozmawiają z wychowawcą. Uczą się też odróżniać normalne przytulenie dziadka, wujka czy przyjaciela taty od takiego, które w Polsce nazywamy »złym dotykiem«. Maluchy dowiadują się, jak mają reagować w sytuacji zagrożenia molestowaniem i zastraszaniem przez dorosłego – pisze na portalu polonia.nl Ewa Grochowska, polska dziennikarka, mieszkająca w Holandii. – Siedmiolatek ma umieć nazwać wszystkie części ciała, w tym narządy płciowe, poznaje także, obok tradycyjnych, różne typu rodzin, np. złożone z pary lesbijek lub gejów. W wieku 11 lat uczeń holenderskiej szkoły omawia rodzaje orientacji seksualnej, uczy się szacunku i akceptacji różnorodności w tym zakresie”.
Już 11-latek ma szansę zdobyć w szkole wiedzę w zakresie antykoncepcji.
Warto jednak zwrócić jeszcze uwagę na czynnik, który często pomija się w dyskusjach o aborcji czy edukacji seksualnej. Mianowicie w krajach Europy Zachodniej liczną grupę stanowią imigranci i potomkowie imigrantów z krajów muzułmańskich o zupełnie innych uwarunkowaniach kulturowych. Tak jest również w Holandii.
Wydawać by się mogło, że obowiązujące muzułmanów restrykcyjne prawo obyczajowe powinno wpływać raczej na ogólnokrajowe wyniki w sposób pozytywny. Liczby mówią jednak co innego. Z danych opublikowanych przez holenderski odpowiednik GUS (dla 2008 r.) wiemy, że „wskaźnik aborcji jest znacznie wyższy wśród niektórych niezachodnich grup etnicznych niż wśród kobiet pochodzenia holenderskiego”. Jeśli chodzi o Holenderki, wskaźnik ów wynosił 5,5 na 1000 kobiet, u Turczynek około 12, zaś u Marokanek około 19.
Nie udało mi się ustalić, czy podobne zależności występują w innych krajach europejskich z dużą liczbą imigrantów. Warto jednak o tym pamiętać, zanim Szwecję czy Wielką Brytanię, gdzie wciąż są relatywnie wysokie wskaźniki aborcyjne, uznamy za „porażkę permisywnej edukacji seksualnej”.
Szwajcaria – edukacja seksualna jako interes publiczny
Na szczególną uwagę zasługuje Szwajcaria z najniższym odsetkiem ciąż u nastolatek. – To państwo federacyjne, więc większość odpowiedzialności za edukację seksualną spada na władze kantonów – mówi Anka Grzywacz, polska seksuolożka i coach, mieszkająca w Szwajcarii. – W każdym z nich może obowiązywać inny program nauczania. W programach edukacji seksualnej w szkołach zawarte są jedynie sugestie, co powinny umieć dzieci czy młodzież na danym etapie nauczania. Co więcej, każda ze szkół również posiada pewną autonomię i we własnym zakresie ustala, jak omawiać dane zagadnienie.
Ekspertka wyjaśnia, że na wczesnych poziomach edukacji (przedszkole i pierwsze lata podstawówki) nie mówi się o edukacji seksualnej jako o odrębnym przedmiocie, jest ona realizowana w szerszych blokach tematycznych. – Bardziej chodzi tu o to, by nauczyciele poruszali kwestie z zakresu edukacji seksualnej w odpowiedzi na konkretne potrzeby dzieci. Rozmawiali z nimi, wspólnie oglądali filmy.
Sprawy związane ściślej z seksem czy antykoncepcją pojawiają się dopiero w edukacji nastolatków między 11. a 14.-15. rokiem życia (do tego wieku jest w Szwajcarii obowiązek szkolny). – Tu też występują spore różnice w zależności od kantonu czy nawet szkoły. Jeśli chodzi o zakres poruszanych zagadnień, to, co jest wspólne dla danego kantonu, jest określone w programie bardzo ogólnie, np. jako „prawa człowieka”, „seksualność”, czy jako zrozumienie różnych sytuacji życiowych, dotyczących np. przyjaźni czy relacji i różnic między płciami, a także zagadnienia związane z ciałem i zdrowiem człowieka. Dużo zależy więc od kompetencji nauczyciela – tłumaczy dalej ekspertka.
Co zatem różni Polskę i Szwajcarię? Anka Grzywacz wymienia tu przede wszystkim brak możliwości wypisania dziecka z zajęć edukacji seksualnej. – Zasada ta została usankcjonowana wyrokiem sądu w głośnej sprawie zainicjowanej przez grupę rodziców z Bazylei, którzy nie chcieli, by ich dzieci uczestniczyły w tego rodzaju zajęciach. Sąd jednoznacznie określił, że przekazywanie wiedzy o zdrowiu seksualnym czy przeciwdziałaniu przemocy odbywa się w ramach dbania o interes publiczny. – W praktyce w tutejszych szkołach często nawet nie informuje się rodziców o tym, że planowana jest jakaś pogadanka, a jeśli już pojawia się taka informacja, ma raczej charakter oznajmujący niż pytający „czy można”. Wiem też, że rzadkością są zgłoszenia rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci brały udział w tego rodzaju zajęciach – mówi Anka Grzywacz.
Ekspertka podkreśla również, że antykoncepcja, w tym postkoitalna, jest dostępna bez recepty, a szwajcarskie nastolatki mogą iść do ginekologa bez wiedzy rodziców.
Nie bez znaczenia jest też istnienie i sprawne działanie edukacji uzupełniającej, pozaszkolnej. – W Szwajcarii funkcjonują zewnętrzne wobec szkoły centra zdrowia czy poradnictwa seksualnego – mówi Anka Grzywacz. – Młodzi ludzie mogą tam przyjść, uzyskać poradę, zrobić testy na HIV czy inne choroby, dostać prezerwatywy.
Polska i Węgry – czyli jak się „chroni” rodzinę
W Polsce edukacja seksualna realizowana jest w ramach przedmiotu „Wychowanie do życia w rodzinie”. Zarówno u nas, jak i na Węgrzech* – od czasu przejęcia tam władzy przez narodowo-konserwatywny Fidesz – jest to edukacja abstynencyjna, skupiona głównie na podkreślaniu wartości małżeństwa (rozumianego oczywiście jako związek heteroseksualny) i rodziny. Na Węgrzech założenie, że szkoła powinna przede wszystkim przygotować dzieci do życia w rodzinie zostało wpisane w specjalny Akt Ochrony Rodziny, wydany w 2012 r.
Innymi słowy, wysiłki pedagogów powinny zmierzać do przekonania młodzieży, że z seksem należy czekać do ślubu. W zakresie umiejętności, które musi przyswoić uczeń, jest też wymienienie „argumentów biomedycznych, psychologicznych, społecznych i moralnych za inicjacją seksualną w małżeństwie”.
Młodzież w polskiej i węgierskiej szkole jest też przekonywana, że antykoncepcja mechaniczna i farmakologiczna i tak się nie sprawdza.
W Polsce widoczny jest nacisk na „rodzinne wychowanie do miłości, prawdy, uczciwości, wychowanie patriotyczne, religijne, moralne (…), uświadomienie i uzasadnienie potrzeby przygotowania do zawarcia małżeństwa i założenia rodziny”, zaś dorastanie i seksualność postrzegane są w kategoriach trudności do pokonania.
Jak raportuje grupa Ponton, „Wychowanie do życia w rodzinie” jest bardzo często prowadzone przez katechetów, w sposób nudny i naszpikowany niestrawną dla młodzieży ideologią, w której naturalne zainteresowanie seksem ma być raczej tłumione. W podręcznikach kilkakrotnie pojawiają się cytaty z Jana Pawła II. Natomiast w podstawie programowej i komentarzu do niej – jak przeanalizowali aktywiści z Pontonu – „słowo seks pojawia się dwa razy, jako cyberseks oraz uzależnienie od seksu. Antykoncepcja pojawia się pięć razy, za każdym razem przeciwstawiona naturalnym metodom planowania rodziny, przyrównywana właściwie do aborcji”.
Zarówno na Węgrzech, jak i w Polsce, antykoncepcja postkoitalna (pigułka „po”) dostępna jest jedynie na receptę. Jeśli chodzi o aborcję, to choć w węgierskiej konstytucji od 2012 r. znajduje się zapis o ochronie życia ludzkiego już od poczęcia, jednak prawo wciąż zezwala na usunięcie ciąży do 12. tygodnia, jeśli kobieta jest w trudnej sytuacji życiowej. Nie oznacza to jednak pełnej swobody. Przed zabiegiem kobieta ma obowiązek dwukrotnie spotkać się z psychologiem – między spotkaniami ma zaś trzy dni na ponowne przemyślenie swojej decyzji. Co więcej – prawo węgierskie zakazuje stosowania powszechnie już praktykowanej w Europie aborcji farmakologicznej. Organizacje zajmujące się prawami kobiet raportują też o utrudnionym dostępie do opieki ginekologicznej, wynikającym z cięć nakładów na służbę zdrowia w tym zakresie.
Węgrzy chwalą się jednak, że w ciągu pięciu lat od objęcia rządów przez Fidesz, liczba aborcji spadła o 23%. Czyżby działała wychowawcza rola prawa, której skutecznością węgierski rząd broni się przed zarzutami środowisk konserwatywnych o niezaostrzenie prawa aborcyjnego? Raczej nie. Efektem pewnego utrudnienia dostępu do legalnej aborcji i opieki ginekologicznej jest wzrost liczby zabiegów dokonywanych przez Węgierki za granicą. Rezultaty: dyskryminacja kobiet najuboższych oraz brak możliwości rzetelnego ujęcia zjawiska w statystykach, co jest od lat również polską bolączką.
Ma to zresztą dalsze skutki: brak rzetelnych statystyk ułatwia tworzenie przez konserwatywne media propagandowych treści, w których zestawia się małą liczbę legalnych aborcji w Polsce z ich znacznie większą liczbą w krajach zachodnich. Pokazują one, że „aborcji wcale nie jest u nas tak dużo, więc edukacja seksualna czy liberalizacja prawa nie jest nam potrzebna”. To manipulacja.
Bułgaria – aborcyjni rekordziści
Bułgarskie statystyki wyglądają słabo, zarówno jeśli chodzi o ciąże nastolatek, jak i współczynnik aborcji. Przyczyny tego stanu rzeczy zostały krótko scharakteryzowane w publikacji „Sexuality education in Europe: an overview of current policies” autorstwa brytyjskich i szwedzkich naukowców z 2009 r. Oto jej fragment: „Edukacja seksualna nie jest w Bułgarii obowiązkowa i nie ma minimalnych standardów jej świadczenia. Uważa się, że jej zasięg jest niewystarczający i na wsi praktycznie nie istnieje. Edukacja seksualna rozpoczyna się, gdy uczniowie mają około 11-12 lat, i koncentruje się na męskim i żeńskim układzie rozrodczym, zakażeniach przenoszonych drogą płciową, w tym zagadnieniach związanych z profilaktyką przeciwko HIV/AIDS, antykoncepcją i przemocą, mniej zaś na aspektach emocjonalnych. Zajęcia nie odbywają się regularnie, a nauczyciele nie są odpowiednio przeszkoleni do prowadzenia edukacji seksualnej”.
Cały tekst przeczytasz w PRZEGLĄDZIE nr 46/2019.
Post O edukacji seksualnej bez ściemy pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.
